
W ponurej, peerelowskiej rzeczywistości kolorowe wystawy, piękne zabawki, lusksusowe artykuły żywnościowe dla wielu były niedostępnym luksusem. Ich namiastką, "bramą do raju" w wielu miastach były tzw. "Pewexy" w których za specjalne bony PKO czy dolary amerykańskie można było kupić pożądaną rzecz. Dzieciaki uwielbiały gumy do żucia "Donaldy" w których znajdowały się zawsze śmieszne historyjki z "życia kaczora Donalda czy Myszki Miki" będące gratką dla kolekcjonerów. Inni zadowalali się szynką konserwową w charakterystycznych czerwono-biało - granatowych opakowaniach. Jeszcze inni kupowali ubrania, deficytowe, ale prawdziwe, markowe jeansy czy alkohol.
Łańcucianie wspominają "Pewex" przy ul. Kościuszki; kupowaną tutaj czekoladę z całymi orzechami laskowymi (z tzw. okienkiem) ziemne orzeszki (które dzisiaj spotkamy w każdym prawie supermarkecie, niezdrowe i za bardzo solone) w łupinach czy w prasowanych torebkach foliowych. A któż nie pamięta kolorowych klocków Lego, z których można było wyczarowywać różne obiekty, samochody i samoloty, kolejki firmy "PIKO" dystrybutory ze stacji benzynowych czy też plastikowe słupy z sygnalizacją świetlną
Elektroniczny zegarek i woda z saturatora
Na ulicach pojawiały się osoby, które mając sobie wiadome tylko kontakty z "tamtym, lepszym światem"serwowały pożądane dobra ogółowi wprost z drewnianych krzeseł czy taboretów. Mieszkańcy Łańcuta dobrze pamiętają siedzące okrakiem na stołeczkach panie np. przy ul. Zamkowej, w kierunku których padały spojrzenia pełne zazdrości i uwielbienia. O owych Pań można bowiem było nabyć luksusowe gumy do żucia (niezbędne do życia) wygrywające aż czternaście melodyjek elektroniczne zegarki czy kolorowe lizaki. Nigdy potem nie smakowała tak woda ze sokiem serwowana przez panów stojących przy ulicznych saturatorach.
Oblegano księgarnie przy dzisiejszej ulicy Królowej Elżbiety gdzie przy odrobinie szczęścia można było zakupić prawdziwe "białe kruki": komiksy z przygodami kapitana Milicji Obywatelskiej - Żbika, "Tytusa Romka i Atomka", "Kajko Kokosza" czy też serię komiksów Ericha von Danickena (Lądowanie w Andach i kolejne). Polowano na perły literatury światowej czy też rodzimej (drukowane na kwaśnym, nisko jakościowym papierze w dodatku klejone, mało trwałe) W tzw. ZURiT melomani poszukiwali poczciwych kaset magnetofonowych (odtwarzanych w kultowych magnetofonach "Kasprzakach" i "Grundigach") z ulubionymi zespołami muzycznymi. Czyste, nie nagrane kasety gorzowskiego Stilonu: "60" i "90" to był bardzo deficytowy towar.
U "Filipa Golarza"
Prócz tego, że trzeba było coś jeść ludzie mieli również bardzie wyrafinowane potrzeby. Ot, jak choćby fryzjer. W wielu podkarpackich miastach znajdują się zakłady fryzjerskie pamiętające odległe czasy w których pracowali ludzie owiani legendą. W Łańcucie przy dzisiejszej ul. Farnej znajdował się zakład fryzjerski pana Jankowiaka, na którego witrynie stał słój z pijawkami. Dzieci prowadzone do takich zakładów czuły zapewne aurę tajemnicy jak Adaś Niezgódka z "Akademii Pana Kleksa; nota bene bardzo kasowego hitu kinowego lat osiemdziesiątych) gdzie na tajemniczych głowach znajdowały się damskie i męskie peruki, a mistrzowie grzebienia, niczym tajemni konstruktorzy lalki Alojzego pojawiali się bezszelestnie w białych kitlach niosąc ze sobą specjalne, drewniane wysokie krzesełka dla małych klientów.
Ówczesne zegarki naręczne miały duszę. Dzięki mechanizmowi sprężynowemu nie musiały "chodzić na baterii" - wystarczy jak raz na dobę zegarek taki nakręcano. Dziś kiedy wyczerpie się bateria wielu z nas zegarek po prostu wyrzuca. Usługi zegarmistrzowskie nie są już tak jak dawniej popularne. Zakład Zegarmistrzowski pana Stanisława Ciąpały w Łańcucie był jednym z najstarszych zakładów usługowych. Podobnie znany był również zakład pana Jana Kudyby. Jako ciekawostkę zasłyszaną od Rodziny Pana Zegarmistrza podam iż właśnie w domu pana Kudyby skonstruowano mechanicznego aniołka do bożonarodzeniowej szopki w miejscowym kościele farnym, cieszącego się wielkim zainteresowaniem; aniołek - po wrzuceniu monety kłaniał się i zapalał latarenkę, machając przy tym skrzydłami.
Dobrym wspomnieniem starszego pokolenia cieszą się ówczesne lokale gastronomiczno-rozrywkowe. W latach osiemdziesiątych sporą popularnością cieszyły się "Coctail-Bar" gdzie można było zjeść dobrą wuzetkę czy wyśmienitą galaretka z bitą śmietaną. Mieścił się on obok mleczarni (w kórej w piątki "rzucano" po dwie kostki masła na osobę) przy Synagodze. Był również bar "Turysta" gdzie serwowano smaczne obiady. Dziaja na tym miejscu znajduje się hotel...
Mięso i papier toaletowy - towary strategiczne
Sklep komercyjny w Łańcucie - inaczej sklep mięsny PSS Społem przy palcu Sobieskiego był w czasach PRL-u strategicznym punktem tego miasteczka. Od wczesnych godzin porannych przed wejściem do sklepu formowała się kilometrowa kolejka bojowo nastawionych konsumentów, spragnionych oczywiście podrobów, szynki i kiełbasy - luksusowych wówczas dóbr, szarej rzeczywistości. Panie Ekspedientki pracujące w tym pawilonie były najbardziej szanowanymi obywatelkami miasta z którymi warto było zadzierzgnąć głębszą znajomość. Sprawnie operowały nożyczkami odcinając głodowe racje z kartek na mięso - wrzucając następnie ścinki do specjalnego zeszytu. Podobno w jednym z łańcuckich sklepów mięsnych pewien pan sprzedający tzw. berlinki - cienkie parówki, uczył konsumencką gawiedź jak należy je gotować, a następnie podawać. Ale też pewna pani profesor z tutejszego Liceum przyjechała od matki z Wiednia i opowiadała znajomym jak należy jej jeść. Dziś na parówkach wiesza się...psy. A w najlepszym razie raczej omija szerokim łukiem. A w społemowskich sklepach z artykułami cukierniczymi... ustawiały się kolejne dłuuugie kolejki po wyroby czekoladopodobne. Tak sklep, pachnący cukierkami i mieloną kawą znajdował się przy placu Sobieskiego.
Pachnące gumki i chińskie długopisy
Podobnie było w sklepach papierniczych, gdzie przy odrobinie szczęscia można było dostać papier toaletowy, niestety szary. Ale rekompensowały to kolorowe chińskie piórniki na magnesy, pachnące chińskie gumki ; dostępne były także duże "mychy", kremowe lub białe gumki myszki, chowane w plastikowych pudełeczkach, z których otwierano tylko jedną połowę (połowa gumki tkwiła w drugiej części pudełeczka).Wśród uczniów furorę robiły długopisy chińskie, z charakterystycznym zakończeniem, złotą strzałeczką i takową, bądź srebrną skuwką. Pisały bardzo cienko, ich tusz miał charakterystyczny kolor. Pisano również ołówkami, a prawdziwym hitem były znowu chińskie, białe ołówki w różne śmieszne wzorki, zakończone różową gumką osadzoną w złotej tulejce. Ołówek trzeba było kiedyś zatemperować, więc powodzeniem cieszyły się temperówki np. o twarzach krasnali. Tęsknota sprawia, że pamięcią sięgamy do tamtych papierniczych sklepów - jak choćby niezapomniany pawilon przy ul. Paderewskiego

Zarejestruj się
Zaloguj się





















Redakcja telefon
Skrzynka alarmowa
Redakcja e-mail